Dodano17 dni temu

Suplementy diety – potrzebny zakaz kierowania reklam do dzieci

4
odpowiedzi
60
wejść
0
ocena
Odpowiedzi [ 4 ]
10
Dodano 17 dni temu
Stosowanie preparatów leczniczych przez dzieci niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw. Dziecko widzi reklamę, w której często występuje charakterystyczna piosenka lub hasło, a potem sobie podśpiewuje. Gdy razem z rodzicem widzi ten preparat na półce w aptece, namawia dorosłego do kupna. Takie bezpośrednie praktyki są zabronione, ale firmy farmaceutyczne często potrafią w misterny sposób obejść ten zakaz. Czasami też nie liczą się z karą, ponieważ stać ich na jej zapłatę, a zyski przewyższają koszty.
10
Dodano 15 dni temu
Suplementy diety dla dzieci zalewają rynek, którego wartość obecnie jest szacowana na 4 miliardy złotych. W aptekach mamy bez liku preparatów w formie syropków, tabletek, żelek, gros z nich dedykowanych jest najmłodszym. Rodziców-klientów-pacjentów przekonać mają optymistyczne slogany, piękne obietnice i wizje szybkiego rozwiązania problemu „wyimaginowanego” czy rzeczywistego, dzieci natomiast hipnotyzować mają kolorowe opakowanie i uzależniać słodki smak. Niestety wiele produktów, które obecnie można kupić za kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych, nie jest wartych złamanej złotówki. Najprostsze i najbezpieczniejsze wspomaganie dziecka w zdrowym odżywianiu? Metoda stara jak świat – codzienna dawka ruchu, zwłaszcza na świeżym powietrzu, regularne posiłki, bez podjadania, maksymalne ograniczenie ilości cukru w diecie. A gdy to nie pomaga? Znany nam wszystkim doskonale - syrop Apetizer... Jeśli dziecko rośnie, ma odpowiednią wagę i rodzica nic nie pokoi oprócz „zbyt niskiego apetytu”, oznacza to jedno – należy sobie odpuścić. Zdrowe dziecko je tyle, ile potrzebuje. Jeśli natomiast stan malucha nie jest najlepszy – dziecko nie rośnie, jest bardzo szczupłe (co można ocenić też na siatce centylowej), jest apatyczne, ospałe, drażliwe, to należy skonsultować się z lekarzem, bo przyczyna może być poważna i należy ją jak najszybciej znaleźć. Powodem może być nietolerancja żywieniowa lub inne rzadsze choroby, na które Apetizer nie pomoże. Oczywiście Apetizer zawiera ważne witaminy, zioła, ale przede wszystkim ma w składzie cukier pod różną postacią. Czy właśnie w ten sposób Apetizer ma poprawiać apetyt? Ładując w nasze dzieci cukier, którego i tak w diecie jest zbyt dużo? Jeśli nawet to działa i Apetizer jakiemuś maluszkowi zwiększy apetyt, to warto pamiętać, że są lepsze, skuteczniejsze sposoby, które można stosować bez efektów ubocznych i nie wydając na to ani złotówki. Kolejny absurd? "Wzrostan", aby wspomóc dziecko w rośnięciu. Gdy byłam dzieckiem, a potem nastolatką, moi rówieśnicy po prostu rośli. Jedni szybko, inni wolniej, zdarzali się też tacy, którzy byli długo wyraźnie niżsi od kolegów z klasy, a potem nie wiadomo, kiedy wybili do góry, zaskakując wszystkich tempem wzrostu. Bywało też odwrotnie – bardzo często niscy pozostawali jednymi z niższych i nie mogli liczyć na spektakularne zmiany – ot, takie geny. Dzisiaj producenci wysyłają rodzicowi jasny komunikat: możesz oszukać naturę. Bazują na obawach i podsycają nadzieję, że da się zmienić geny, że można wpłynąć na to, co zapisane w naszych ciałach– mianowicie można zmusić ciało dziecka, by szybciej rosło. Na rynku jest wszak „genialny” specyfik Wzrostan, który rozwiązuje wszystkie problemy… Mleczaki wypadły? Zatem sięgamy po Junical Zęby, preparat, który „korzystnie wpływa na mineralizację i utrzymanie zdrowych zębów”. Preparat dedykowany jest dzieciom powyżej 6 roku życia – łykamy jedną tabletkę rano i wieczorem. Co mamy w składzie? Wapń, fosfor, magnez, witaminę D i fluorek. Po co zadbać o prawidłowy jadłospis dziecka? Skoro są takie „supertabletki”. Producenci wiedzą, że łatwiej podać…niż pomyśleć. Bycie wygodnym staje się normą…. adania pokazały, że aż 40% rodziców każdego dnia włącza dziecku telewizor i pozostawia malucha przed ekranem na wiele godzin. Wyrzuty sumienia, że w ten sposób maluch popsuje sobie wzrok? Oj, po co nimi zaprzątać sobie głowy. Nie ma mowy, jest przecież Luteina Gold – „proszek do rozpuszczenia w wodzie, pozwalający na stworzenie smacznego napoju”. Ten suplement dla dzieci ma wszystkie najważniejsze witaminy i luteinę, która zaspokaja zapotrzebowanie dzieci w wieku od 7 lat. Był problem i wyrzuty sumienia, że dziecko ogląda za dużo telewizji? Producent go rozwiązał. Także nie ma problemu! Prawda? Mądrzy lekarze nie mają złudzeń – suplementacja jest wskazana, ale ostrożna i najlepiej po wykonaniu badań, które wykażą niedobory. Wtedy wystarczy sięgnąć po proste jednoskładnikowe produkty (witaminę D, witaminę C w okresie wzmożonych zachorowań, itd.), a nie tak jak chcą producenci – kolorowe syropki. Podawanie suplementów diety na wszelki wypadek, profilaktycznie to błąd – trzeba po pierwsze zwrócić uwagę, że nie są one wolne od całkiem zbędnych substancji dodatkowych. Zawierają mnóstwo cukru. Poza tym organizm dziecka, a zwłaszcza układ immunologiczny dopiero się rozwija, dostarczanie mu zbyt wiele syntetycznych składników odżywczych zaburza jego rozwój. W pierwszej kolejności należy zadbać o dobrą, różnorodną dietę. Jednak to nie jest tak proste jak podanie syropku…i producenci suplementów wiedzą to i mają rodziców w garści....
10
Dodano 15 dni temu
Suplementy diety są bardzo ochoczo stosowane przez ludzi. Szczególnie nasza nacja w tym przoduje. Jednak niewielu zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę niewiele z tego wynoszą. Suplementy diety niestety nie są w większej części przyswajalne przez organizm ludzki. Otóż chemiczna mieszanka przyswajana z naturalnego pożywienia jest bardziej złożona i zagadkowa niż wszystkie znane dotąd składniki odżywcze razem wzięte. Obecnie częstym zjawiskiem jest przykładanie zbyt dużej wagi do różnorodnych preparatów odżywczych zamiast do pełnowartościowej diety, co jest niepotrzebne a nawet niebezpieczne. Jeśli myślisz, że zażywając suplementy diety i witaminy, rzekomo”wzbogacając” swoją ubogą dietę , nie zdajesz sobie sprawy , że naruszasz prawa natury! Każdy naturalny pokarm jest wielką chemiczną manufakturą, która wytwarza około 10 tysięcy lub więcej różnych składników. W pierwszej połowie XX wieku naukowcy pomijali kompleksowe działanie żywności. Skupiali się wyłącznie na badaniu poszczególnych jej składników. Obecnie i na szczęście obserwuje się odwrotny trend. To nie oderwane od całości składniki, lecz cała żywność staje się obiektem badań. Zainteresowanie wyłącznie poszczególnymi składnikami może być niebezpieczne. Pokarm jest nie tylko źródłem substancji odżywczych. Istnieją jeszcze inne, istotne czynniki pokarmowe np. nośniki, enzymy, antykancerogeny. Te substancje pokarmowe różnią się od podstawowych składników odżywczych, większość z nich nie ma nawet żadnej wartości odżywczej. Zazwyczaj występują w niewielkich ilościach. Te drugorzędne składniki, choć aktywne fizjologicznie nie są niezbędne do życia. Bez nich nagle nie zginiesz. Jednak mogą one w sposób subtelny lecz istotny oddziaływać na procesy fizjologiczne, mające znaczenie dla zdrowia i dłuższego życia. Niektóre z nich faktycznie mają możliwość leczenia niektórych chorób ale głównie zapobiegają one uszkodzeniom komórek, powodującym przewlekłe choroby np. nowotwory, schorzenia układu sercowo-krążeniowego, systemu trawiennego, cukrzycę czy zaburzenia neurologiczne. W przeciwieństwie do działających wybiórczo współczesnych leków, substancje lecznicze zawarte w żywności z całą pewnością skuteczniej działają jako antidotum na uszkodzenia komórek czyli inaczej mówiąc na choroby. Farmakologicznie aktywne składniki pożywienia mogą ochraniać komórki i odcinać intruzom biologiczne drogi dostępu. Bez względu czy organizm walczy z przeziębieniem, rakiem czy choćby przemęczeniem, ta walka tocząca się w niewidocznych obszarach polega na obronie przed atakami na poszczególne komórki. Coraz częściej naukowcy zwracają uwagę właśnie na ten fakt, że żywność i jej cudowne składniki są w stanie walczyć z chorobami już na poziomie komórkowym...
00
Dodano 15 dni temu
Uwierzyliśmy, że naukowcy znają już wszystkie „zdrowe” składniki, niezbędne naszemu organizmowi, i że syntetyczne ich wersje są równie dobre jak naturalne. Co roku słono płacimy za tę naiwność. Nie jesteśmy zadowoleni ze swego zdrowia. Co drugi mieszkaniec Polski regularnie sięga po preparaty zawierające witaminy i mikroelementy, dla 27 proc. normalną praktyką jest kupowanie sztucznie witaminizowanej żywności. I choć daleko nam jeszcze do Amerykanów, którzy rocznie wydają na „zdrowe pigułki” blisko 2 mld dolarów, to przyjmujemy za pewnik, że witaminy są zdrowe. Przypominają nam o tym babcie, mamy i kampanie reklamowe, zwłaszcza wiosną i jesienią, kiedy częściej się przeziębiamy i brakuje nam nowalijek. Rzadko pamiętamy chociażby o tym, że żadne wiarygodne badania nie wykazały dotąd, jakoby okrzyczana witamina C chroniła przed przeziębieniem. Takich mitów, pokutujących od dziesięcioleci nawet wśród lekarzy, jest znacznie więcej. Już w szkole wpaja się nam, że nadmiar witamin może być szkodliwy, ale z reguły zakładamy, że dotyczy to wyłącznie tych rozpuszczalnych w tłuszczach, czyli kwartetu A, D, E i K. Pozostałe rozpuszczają się w wodzie, a więc pozornie nie sposób ich przedawkować – ewentualny nadmiar możemy z łatwością wydalić z moczem. Nie jest to jednak wcale takie proste. Możliwe, że osoby zażywające duże dawki witamin nie tylko nie są zdrowsze, ale wręcz częściej umierają. Jest to wyjątkowo niepokojące, zważywszy na spożycie preparatów witaminowych w niektórych grupach społecznych. Witaminy od samego początku funkcjonowały w powszechnej świadomości jako składniki niezbędne do zachowania zdrowia. Świadczy o tym sama ich nazwa, wywodząca się od łacińskiego vita (życie). Odkrywcy pierwszych witamin obserwowali, że pozbawione ich zwierzęta czy ludzie zapadali na różne choroby, takie jak szkorbut (w przypadku witaminy C) czy beri-beri (witamina B1). Wielu badaczy wysnuło jednak z tego wniosek, że im więcej witamin, tym lepiej. Linus Pauling, dwukrotny laureat Nagrody Nobla, od 1970 r. głosił, że duże dawki witaminy C zapobiegają nie tylko przeziębieniom, ale mogą też służyć do leczenia raka, schizofrenii i chorób układu krążenia. Z kolei kanadyjscy lekarze Wilfrid i Evan Shute utrzymywali, że dla serca zbawienne są duże ilości witaminy E. Jednak rygorystyczne badania naukowe przeprowadzone w ostatnich latach wykazały, że substancje te wcale nie działają tak, jak się uczonym zdawało. Mogą chronić przed chorobami serca, ale tylko niektóre osoby, np. część chorych na cukrzycę. Pozostałym nie pomagają wcale, a mogą wręcz zaszkodzić. Jak to jednak możliwe, że witaminy mogą nam szkodzić? A już szczególnie C i E, które są silnymi przeciwutleniaczami? W teorii substancje takie mają chronić nas przed wolnymi rodnikami – agresywnymi związkami chemicznymi, które mogą uszkadzać białka czy DNA, a przez to sprzyjają chorobom i starzeniu się. Przeciwutleniacze unieszkodliwiają je, oddając im własną „nadwyżkę” elektronów. Dlatego właśnie uznano je za eliksir młodości i uniwersalne lekarstwo na wszystko. Od wolnych rodników nie sposób uciec: są skutkiem ubocznym metabolizmu w naszych komórkach, docierają do nas z pokarmem i powstają wskutek działania promieniowania jonizującego czy UV. Organizmy żywe borykają się z nimi od samego początku swego istnienia i nic dziwnego, że mają kilka systemów obronnych. Przeciwutleniacze w rodzaju witaminy C to tylko jeden z nich, wcale nie najpotężniejszy. Duże dawki takich substancji powodują osłabienie czujności organizmu – wyłączenie innych mechanizmów zwalczających wolne rodniki. W efekcie szkody wywołane ich działaniem mogą być większe, niż gdybyśmy nie zażywali żadnych witamin..
Strona:1
Liczba głównych odpowiedzi na stronie:  
Dodaj odpowiedź
Aby dodać odpowiedź musisz się zalogować
Toast